W aktualnym numerze

Meryl Streep - Fenomen światowego kina

O perfekcyjnym aktorstwie w wydaniu Meryl Streep krążą w gronie filmowców legendy. Niektórzy, mniej obeznani w arkanach filmowej sztuki zastanawiają się jednak, dlaczego u szczytu kariery, naznaczonej takimi arcydziełami jak „Łowca jeleni”, „Pożegnanie z Afryką” czy „Godziny”, Meryl Streep zaczęła grywać w komediach romantycznych. Gatunek to przecież lekki, łatwy i przyjemny, a do zagrania w nim nie potrzeba wyjątkowych umiejętności aktorskich? Tak się jednak złożyło, że po wydrenowaniu gatunku zwanego „kinem akcji” widzowie zapragnęli optymistycznej i radosnej wizji świata. A w związku z tym coraz więcej uznanej klasy aktorów już chociażby samym swoim udziałem czyni komedię romantyczną nieco bardziej ambitnym przedsięwzięciem, jako że nie zdarza im się przecież schodzić poniżej przyzwoitego poziomu. Może trudno ich wszystkie kreacje nazwać wybitnymi, ale z pewnością można wśród nich znaleźć co najmniej kilka zapadających w pamięć perełek.
 
U Meryl Streep to nie jest wszelako jedynie wykorzystywanie koniunktury: aby sparafrazować tytuł jednej z komedii, w której ostatnio partnerował jej Alec Baldwin – „To (nieco bardziej) skomplikowane”. Bo wszyscy, którzy znają Meryl, wiedzą, że na co dzień jest ona niesłychanie ciepłą, radosną i w zasadzie cały czas uśmiechniętą osobą. I ten dzisiejszy renesans komedii romantycznych (bo warto wiedzieć, że gatunek ten był już raz popularny w Ameryce, a było to w latach pięćdziesiątych) stał się dla niej w pewnym sensie odkrywczym zwiastunem filmowej mody. Oczywiście jako profesjonalna aktorka najwyższej klasy jest w stanie zagrać całe spektrum ról i charakterów, a zdarzało jej się grywać swoje absolutne przeciwieństwa, jak choćby postaci demoniczne, ale nie może umknąć uwagi fakt, że w ciągu całej swej kariery zagrała w dokładnie jednym thrillerze i jednym tylko filmie akcji.
 
A co do owych postaci demonicznych, to najbardziej chyba przykuwa uwagę rola Madeline Ashton w komedii (choć niezupełnie romantycznej) pt. „Ze śmiercią jej do twarzy”. Razem ze swoją wieloletnią przyjaciółką Goldie Hawn grają tam żonę oraz byłą narzeczoną doktora Ernesta Menville’a – w tej roli Bruce Willis. Obie wypiły eliksir nieśmiertelności, w wyniku czego ich ciała, po natychmiastowym efekcie ujędrniającym, wymagają potem systematycznych coraz częstszych zabiegów maskujących (np. pędzlem z lakierem akrylowym). W którymś momencie obie też tracą życie, ale tu z kolei eliksir sprawia, że Goldie Hawn paraduje z dziurą w brzuchu wielkości arbuza, zaś Meryl z szyją wykręconą o sto osiemdziesiąt stopni spogląda w dół na swoje pośladki. Kto jak kto, ale Meryl Streep z pewnością miała dużą satysfakcję z roli, którą mogła zakpić sobie z wszechobecnego kultu histerycznego wręcz dbania o ciało.
 
Czy ona jest nadzwyczajnie piękna? Dla niektórych jest uosobieniem mitu o kopciuszku, który uporem i wiarą w siebie zjednuje sobie wszystkich wokół, i w ten sposób, pomimo braku niektórych walorów, osiąga szczyt. Kiedy była jeszcze zupełnie nieznaną, próbującą wypłynąć na szersze wody początkującą aktorką, podczas jednego z castingów usłyszała, jak producent po włosku, nie domyślając się, że kandydatka zna ten język, zapytał: „po co mi to paskudztwo przyprowadziliście?”
 
To jak w takim razie wytłumaczyć fakt, że dla rzeszy kinomanów scena z „Pożegnania z Afryką”, w której Robert Redford myje Meryl Streep włosy, jest najpiękniejszą sceną erotyczną w historii kina, i to mimo że nagości nie ma w niej prawie w ogóle? Wydaje się, że kluczem do zrozumienia tego fenomenu jest właśnie owa radość i ciepło, jakie wręcz emanują z twarzy aktorki za każdym razem, kiedy się uśmiecha albo kiedy podnosi wzrok, dziś już znad okularów. Kiedy w filmie widuje się takie momenty, nie można oprzeć się wrażeniu, że jest w nich absolutnie naturalna, że jest po prostu sobą.
 
W 2004 roku, podczas benefisu zorganizowanego przez Amerykański Instytut Filmowy po przyznaniu jej nagrody za całokształt twórczości, Kurt Russel mówił, że usłyszał kiedyś od Mike’a Nicholsa, reżysera wielokrotnie pracującego ze Streep, iż każdy, kto pozna Meryl, natychmiast się w niej zakochuje. Kiedy zapytał: „a co jeśli nie?”, usłyszał, że to znaczy, że z tym kimś jest coś nie tak. Stwierdził więc publicznie: „Meryl, ze mną wszystko jest OK!”. Jack Nicholson opisał ją z kolei jako „absolutely perfect”, a Goldie Hawn porównywała do Stradivariusa – a takie słowa muszą dotyczyć osoby wirtuozalnie pięknej. I tak ten wątek zakończmy.
 
Wracając zaś do ostatnich lat kariery Meryl Streep i wszystkich tych „radosnych” filmów z jej udziałem, czego nie może jej wybaczyć część krytyków: najgłośniejszym z nich i największym kasowych hitem okazał się „Mamma Mia!” – musical z piosenkami szwedzkiego zespołu ABBA. O tej akurat komedii romantycznej nie można nie wspomnieć, także z powodu jej nietypowego – musicalowego charakteru, ale przede wszystkim z powodu nieprzeciętnego talentu wokalnego Meryl Streep, jaki się za sprawą tego filmu, uwielbianego przez widzów na całym świecie, objawił. Aktorka gra tam matkę, której dwudziestoletnia córka wychodzi za mąż. Córka, w tajemnicy przed nią, zaprasza na ślub jej trzech byłych kochanków, bo z potajemnie czytanego pamiętnika matki nie wynika, który z nich miałby być jej ojcem, a wszyscy trzej romansowali z mamusią w tym samym czasie. Intryga nieprzyzwoicie niesamowita, a do tego wyśpiewana evergreenami ABBY. Tyle że producentom nie udało się ukryć, że Colin Firth, Stellan Skarsgård i Pierce Brosnan męczą się niemiłosiernie, jako tako śpiewając (z drugiej strony, to z kolei stanowi dodatkowy smaczek), zaś Meryl dosłownie rozkwita, wykonując momentami naprawdę niełatwe partie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że gdyby kilka dekad temu zdecydowała się na karierę wokalną, to do dziś dziennikarze muzyczni zajmowaliby się wyjaśnieniem fenomenu głosu, który broni się sam – bez dodatkowych walorów, którymi dziś dysponują sex-bomby nierzadko pozbawione właśnie głosu.
 
Aby zakończyć wątek komediowy, warto jeszcze wspomnieć film pt. „Diabeł ubiera się u Prady”, gdzie aktorka zagrała swoje absolutne przeciwieństwo, co już samo w sobie wzbudza rozbawienie widzów (jest to zresztą stara sztuczka producentów – nie pierwsza i nie ostatnia Meryl Streep jest w ten sposób...

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Prestiż who is who 1/32/2012.

Email