W aktualnym numerze

Gordon Matthew Sumner - STING, czyli „ ŻĄDŁO”

W życiu każdego niemal artysty można dostrzec kilka, a przynajmniej jedno zdarzenie decydujące o karierze i życiowych losach. Co ciekawe, bywa i tak, że owo zdarzenie, które początkowo wydaje się momentem bez specjalnego znaczenia na tej drodze, dopiero po latach okazuje się momentem kluczowym. Jednym z takich oczywistych epizodów – z perspektywy czasu – jest dla Stinga i jego biografów rok 1976 związany z decyzją o wyjeździe z Newcastle do Londynu, do Stewarta Copelanda. Copeland zauważył go podczas koncertów jazzowej grupy Last Exit, w której Sting śpiewał i grał na gitarze basowej. Jak później stwierdził – zespół był beznadziejny, ale koncert udany właśnie za sprawą Stinga i jego magicznego kontaktu z publicznością. Zaproponował mu więc, by wspólnie spróbowali „coś” stworzyć w Londynie. Copeland, wtedy perkusista w zespole Curved Air, „czuł”, iż na muzycznej scenie obaj się marnują i nie omieszkał wyznać tego swemu przyszłemu koledze.
 
Jakiś czas potem Sting dojrzał do decyzji, by zostawić w Newcastle muzyków z Last Exit i wraz ze swoją ówczesną żoną, Frances Tomelty, wówczas w ósmym miesiącu ciąży, zajechał do Londynu, mając w ręku jedynie kartkę z adresem Stewarta Copelanda. Słusznie uznał, że tylko Londyn dawał w tamtym czasie szansę na wybicie się w brytyjskim przemyśle muzycznym. I to był ten moment, który będzie miał wpływ na jego dalsze losy. Rzeczywiście, już w styczniu 1977 roku wokalista i basista Gordon Sumner (bo tak brzmi imię i nazwisko Stinga, którego „żądłem” zaczęto nazywać jeszcze w Last Exit, po tym jak na któryś z koncertów włożył koszulkę w poziome żółto-czarne pasy), perkusista Stewart Copeland i po pewnym czasie gitarzysta Andy Summers stworzyli zespół, którego takie hity, jak „Roxanne”, „Message In A Bottle” czy „Every Breath You Take” są dziś kanonem światowego rocka. Ten zespół to The Police!
 
Jednak także w początkach 1977 roku Sting podjął drugą, równie ważną decyzję. Otóż kiedy grupa The Police, jeszcze jako szerzej nieznana formacja, otwierała koncerty amerykańskiej (jednosezonowej, jak się miało okazać) gwiazdki Cherry Vanilli, a także akompaniowała jej, gdyż przyleciała do Anglii jedynie z własnym gitarzystą, Sting dostał propozycję współpracy z Billym Oceanem. Opiekując się rodziną, a utrzymanie żony i synka na godziwym poziomie uznawał za pierwszoplanowe, zastanawiał się nad zostawieniem „policjantów”, którym Vanilli płaciła 35 funtów tygodniowo, jako że Ocean proponował mu za wspólne koncerty 90 funtów. Podobno Stewart Copeland dokonywał wtedy cudów, by wyciągać od agentów Amerykanki jeszcze jakieś dodatkowe grosze, co miało odwieść Stinga od odejścia z zespołu. Kto wie, gdyby wtedy odszedł, może nie byłby dziś artystą z listy dziesięciu najbogatszych postaci brytyjskiego przemysłu muzycznego z majątkiem rzędu 200 milionów funtów, o czym obwieszczał „Sunday Times”.
 
Sting jest dziś artystą z najwyższej półki, dla wielu ikoną muzyki, nie tylko rockowej. Jeżeli Lady Gaga, Beyoncé, Eminem czy Justin Timberlake są dziś absolutnymi „top ones” albo – używając porównania sportowego – pierwszą ligą, to przemysł muzyczny ma to do siebie, że nad pierwszą ligą jest jeszcze superliga, z „zawodnikami”, którzy już nie muszą nikomu niczego udowadniać. Sting niewątpliwie osiągnął już ten status wraz z takimi gwiazdami, jak choćby Rod Stewart, Tina Turner, Madonna, muzycy The Rolling Stones, Pink Floyd czy U2. Sumując jego dokonania z The Police, albumy z utworami Stinga do dziś rozeszły się po świecie w liczbie 80 milionów egzemplarzy, nie wspominając już o tym, że choćby „Every Breath You Take” śpiewała niezliczona rzesza artystów w kilkudziesięciu językach (po polsku swego czasu nagrał go Grzegorz Markowski z Perfectem), „Roxanne” przearanżowano na potrzeby kostiumowego filmu „Moulin Rouge!” z Nicole Kidman o miłosnej historii z wodewilu z przełomu wieków, a „Englishman In New York” doczekał się wersji hiphopowej, w której Sting towarzyszy grupie The Black Eyed Peas. Artysta ma na swoim koncie siedemnaście nagród Grammy, głównie w kategoriach „najlepszy kompozytor” czy „autor tekstów” oraz wiele innych nagród i nominacji (British Awards, Emmy, MTV). Jego piosenki z filmów były z kolei nominowane do Oscara, a utwór „Until” z filmu „Kate i Leopold” zdobył Złoty Glob. Sam Sting pojawił się też w kilku filmach jako aktor i trzeba przyznać, że zaprezentował w nich całkiem niezłe umiejętności, jak choćby w thrillerze „Julia i Julia”, gdzie zagrał u boku Kathleen Turner.
 
Piosenki solowe Stinga, jak i wcześniejsze z czasów The Police, traktują zwykle o miłości. To spostrzeżenie jest jednak tylko pozornie mało odkrywcze i banalne. Sting stwierdził kiedyś, że w „ja cię kocham, a ty mnie” nie ma nic interesującego. W „ja cię kocham, a ty kochasz innego” jest już coś, wokół czego można zbudować jakąś opowieść. Ale pierwszy wielki hit The Police, legendarna „Roxanne” z ich drugiego singla, to „ja cię kocham, a ty musisz kochać wielu innych”, czyli piosenka o francuskiej prostytutce. Z końcem lat siedemdziesiątych „policjanci” mieli w niektórych stacjach radiowych problemy z przebiciem się z tym utworem, co dziś brzmi jak żart. Z kolei „Every Breath You Take” to według Stinga utwór przez lata postrzegany przez słuchaczy, a także wielu wykonujących go potem artystów, zupełnie inaczej niż w oryginalnym zamyśle autora. To nie jest piosenka o miłości z pozytywnym przesłaniem, ale mroczne wyobrażenie obsesyjnego uczucia zmuszającego owładniętego nim człowieka do śledzenia każdego kroku, ruchu, oddechu ukochanej osoby. Cóż, i tak miło się tego słucha…
 
„All For Love!” chciałoby się powiedzieć zgodnie z tytułem słynnej piosenki z filmu „Trzej muszkieterowie”, którą Sting wykonywał wraz z Rodem Stewartem i Bryanem Adamsem (a raz dołączył do nich nawet Luciano Pavarotti), ale rzecz jasna artysta ma w swoim dorobku nie tylko utwory o różnych obliczach miłości. Jeden z nich stał się nawet symbolicznym przesłaniem, niezwykle poruszającym, głównym punktem koncertu transmitowanego chyba przez wszystkie telewizje (może z wyjątkiem arabskich) we wrześniu 2001 roku. Ten utwór to cichy i liryczny „Fragile” z 1987 roku, traktujący o tym, jak kruche i delikatne jest nasze życie, jak łatwo je zniszczyć, sprawić, by polała się krew. 11 września artysta zorganizował w swojej włoskiej posiadłości w Toskanii nagranie kameralnego koncertu z przeznaczeniem do wydania na płycie live. Niezależnie od rejestracji, transmitowano go też na żywo w internecie. Po pierwszym zagranym numerze, a był to właśnie „Fragile”, co dziś wydaje się jakimś mistycznym znakiem, ekipa techniczna z komentarzy internautów zorientowała się, że w Stanach Zjednoczonych dzieje się coś strasznego i transmisję przerwano. Kiedy włączono wiadomości, Sting poprosił muzyków oraz publiczność, by wspólnie zadecydowali, czy dokończyć przedsięwzięcie przygotowywane od kilkunastu tygodni. Odpowiedź w tym gronie mogła być tylko jedna: koncert dokończono, ale już bez transmisji internetowej...

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Prestiż who is who 1/32/2012.

Email