W aktualnym numerze

Novak Djokovic - Bałkański pogromca

Dwubiegunowy, spolaryzowany świat Rogera Federera i Rafaela Nadala jest już historią. Czy ten dzisiejszy jest tylko jednobiegunowy, z wyraźną dominacją jednego aktora? Ale to, że Novak Djokovic rzucił rękawicę najlepszym i dyktuje im własne warunki, czyni męską rywalizację tenisową pasjonującą jak nigdy dotąd!
 
Gdy w lipcu 2011 roku w geście zwycięstwa podniósł ręce do góry na kortach trawiastych All England Lawn Tennis Club, publiczność nie była specjalnie zaskoczona. Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały bowiem na Serba jako faworyta numer jeden do tytułu. Zwycięstwo nad o wiele bardziej utytułowanym rywalem, triumfatorem Wimbledonu sprzed roku, Rafaelem Nadalem, nie zdziwiło nikogo, kto choć trochę zna się na tenisie, gdyż miało powtórkowy charakter. Przed angielskim finałem, na przestrzeni kilku miesięcy, Hiszpan musiał uznać wyższość rywala w aż czterech turniejach. Jego przeciwnik nie zawiódł pokładanych w nim nadziei, przez co trafił do panteonu mistrzów rakiety londyńskiej imprezy. Ale zwycięstwo wbrew pozorom nie przyszło łatwo. Djokovic ciężko pracował na ten sukces przez wiele lat i nie urwał się nagle z choinki. Sprawił jedynie, że tenisowy świat zatrząsł się w posadach i nabrał nowego, nieprzewidywalnego kształtu. Najlepszy obecnie tenisista świata, Serb Novak Djokovic, rozpoczął nowy rozdział tej sportowej dyscypliny.
 
Diament trzeba oszlifować
 
Aby zrozumieć fenomen Djokovica, trzeba cofnąć się do jego lat dziecięcych, gdy jako mały szkrab zaczynał przygodę z tenisem. Legenda jugosłowiańskiego tenisa, Jelena Gencic, opowiadała kiedyś, jak to na obozie tenisowym młodziutki, czteroletni Novak przyszedł na kort z dużą wypchaną torbą, upodobniając się do profesjonalnego tenisisty. Na pytanie, kto go tak spakował, odpowiedział, że oczywiście sam. Gdy następnie zagadnęła, kim chce zostać, gdy dorośnie, bez chwili zastanowienia odparł, że będzie numerem jeden na świecie. Podobnej odpowiedzi udzieliła wiele lat wcześniej młodziutka Monika Seles (Amerykanka z jugosłowiańskim rodowodem), późniejsza gwiazda kobiecego tenisa. Wydarzenie to było przepowiednią przyszłej kariery chłopca i świadczyło o świadomej determinacji w dążeniu do spełnienia największego marzenia. Ale czy ktoś mógł wtedy przypuszczać, że dokona tego w tak spektakularny sposób. Djokovic pochodzi z usportowionej rodziny. Ojciec, Srdjan, był swego czasu mistrzem Jugosławii w narciarstwie alpejskim oraz świetnym piłkarzem. Matka Dijana – łyżwiarką figurową. Dwaj młodsi bracia, Marko i Djordje, to także sportowcy. Głowie rodziny zależało na tym, by Novak poszedł w jego ślady, lecz dziecko dokonało innego wyboru. Jelena Gencic, która się nim opiekowała i śledziła postępy na korcie, zazwyczaj wstrzemięźliwa w osądach, tym razem kategorycznie orzekła: „To jest największy talent, jaki widziałam od czasów Moniki Seles”. Akurat w tych poglądach nie była osamotniona. Ktokolwiek zobaczył małego Serba na korcie, przecierał oczy ze zdumienia. Chłopiec imponował w każdym elemencie gry, a banalne określenie, że tenis ma we krwi, jak ulał pasowało do sylwetki młodego tenisisty. Swoją drogą Nole, bo dziś tak nazywa go nie tylko sportowy świat, dużo zawdzięcza swojej mentorce. To trenerka zaszczepiła w nim sportowe, ale i życiowe postawy, to ona ukształtowała go jako zawodnika. Talent chłopaka szybko wzbudził zainteresowanie wielkich nazwisk tej profesji. Dostrzegł go Nikola Pilic, a trzy miesiące w jego słynnej akademii tenisowej w Monachium otworzyło nowe ścieżki. W ogóle to Nole miał niesamowite szczęście do kadry trenerskiej. Od początku był mądrze prowadzony, ale potrafił też wykorzystać wszystkie szanse, zwłaszcza że oczekiwania opiekunów były spore, a wymierne efekty ciężkich treningów (sportowe, finansowe) przyjść miały dopiero z czasem. Ale też tym, co go wyróżniało spośród tenisowych rówieśników, był głód tenisowej wiedzy i jasno sprecyzowane cele, które za wszelką cenę chciał, co więcej – musiał osiągnąć! I wyrzeczenia zaczęły procentować.W wieku lat 14 został mistrzem Europy w singlu i deblu, a wraz z kolegami sięgnął po zwycięstwo drużynowe. W następnym sezonie był już najlepszym zawodnikiem Starego Kontynentu do lat 16. Wygrał wiele prestiżowych turniejów juniorskich, między innymi we Francji i Miami. W zawodach do lat 18 ogrywał chłopców o trzy lata starszych od siebie, a to musiało budzić respekt wśród rywali. W 2003 roku zdobył pierwsze punkty w rankingu ATP (Association of Tennis Professionals), w profesjonalnym tenisie (już nie juniorskim), pokonując w pierwszej rundzie zawodnika rozstawionego z czwórką. Jakby tego było mało, później wygrał cały turniej. Po finałowym spotkaniu, okrzyknięty rewelacją zawodów, szesnastoletni Djokovic stwierdził skromnie, że jego marzeniem było zdobycie choćby jednego punktu w tenisie zawodowym, a to, co nastąpiło, przerasta jego najśmielsze oczekiwania. Dobra passa trwała dalej. Po występie w challengerze w Belgradzie (2005 r.) zdecydował się brać udział w rozgrywkach o wysokiej randze, by dziecięce marzenia o numerze jeden stały się wreszcie faktem. W tym samym roku zakwalifikował się do wszystkich czterech turniejów wielkoszlemowych, a te przecież stanowią creme de la creme tenisowej karuzeli. W ostatnim z nich, US Open, pokonał po raz pierwszy zawodnika z czołowej dziesiątki, Mariano Puertę z Argentyny. Sezon zakończył jako 78. rakieta świata. W kolejnym, 2006 roku wygrał swój pierwszy turniej ATP w holenderskim Amersfort, po czym sięgnął po tytuł w Metz. W rezultacie został najmłodszym zawodnikiem czołowej dwudziestki na świecie. 2007 rok to kolejne triumfy w Adelajdzie, Miami (pierwsze zwycięstwo w turnieju z serii Masters), Estoril oraz Montrealu (po drodze do tytułu pokonał trzech najwyżej w owym czasie sklasyfikowanych zawodników – Federera, Nadala, Roddicka), a także w Wiedniu. Zadebiutował w wieńczącym sezon, prestiżowym turnieju Masters Cup w Szanghaju (przywilej występu ma tam tylko czołowa ósemka na świecie). Rewelacyjnie spisywał się w turniejach wielkiego szlema (półfinały French Open, Wimbledonu oraz przegrany z Federerem turniej na kortach Flushing Meadows). Apogeum formy nastąpiło rok później, gdy zwyciężył w Australian Open (pierwszy szlem w finale z Tsongą), a także w Indian Wells, Rzymie, Szanghaju. I nagle stało się coś, czego nikt, nawet wytrawni znawcy tej dyscypliny, nie mógł przewidzieć. Oczekiwano, że Serb pójdzie za ciosem i zacznie seryjnie wygrywać turnieje najwyższej rangi. Tak się jednak nie stało, Novak nie był już w stanie w sposób tak ostentacyjny dyktować warunków. Niby dalej zwyciężał, ale ranga tych zwycięstw nie odpowiadała formatowi jego tenisowego geniuszu. Na kolejny sukces wielkoszlemowy musiał czekać trzy długie lata. Jedenaście razy próbował powtórzyć swoje osiągnięcie, bez efektu. Jest to najdłuższa przerwa, zaraz po Rosjaninie Maracie Safinie, jeśli chodzi o okres, który upłynął od zwycięstwa w pierwszym i kolejnym turnieju wielkoszlemowym. Zdobywanie następnych tytułów okazało się trudniejsze, niż przypuszczał. Ówczesny stan psychiki Novaka oddaje najlepiej zdanie, które wypowiedział po wygranym w 2011 roku półfinale Wimbledonu (z Tsongą): „Były momenty w ostatnich dwóch, trzech latach, kiedy było mi bardzo ciężko, kiedy przegrywałem większość tych ważnych spotkań w końcowych fazach wielkich turniejów z Nadalem lub Federerem, były czasy, gdy zaczynałem wątpić, ale zawsze się przełamywałem, ponieważ wiara była tak mocna”. Paradoksalnie, gdyby nie te bolesne porażki, być może nie znajdowałby się w miejscu, do którego dotarł. Odebrał wielką lekcję pokory i to właśnie przeciwnikom zawdzięcza ostatnie sukcesy: „… to oni czynią cię lepszym. Skoro są tacy dobrzy, musisz wykrzesać z siebie najlepszy tenis” – przyznał niedawno w jednym z wywiadów. Od siebie dodamy, że widocznie, by przekonać niedowiarków o swej wyjątkowości, nie wystarczy grać bardzo dobrze technicznie i z „głową”, ale trzeba być po prostu tenisowym ideałem, jakim bez wątpienia jest Novak Djokovic.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Prestiż who is who 1/32/2012.

Email