Archiwum numerów

GUTENBERGIEM TO JA NIE JESTEM, ALE...- Rozmowa z Bartoszem Bobowskim, dyrektorem zarządzającym w firmie RODPOL z siedzibą w Wysokiej Głogowskiej

Sukces w gospodarce nie może obyć się bez menedżerów. Dobry menedżer umożliwia rozwój. Zadania, których się podejmuje, najczęściej nie należą do przeciętnych, toteż firmy ubiegają się o fachowców w tej branży. Ludzie ci to nie tylko kreatorzy przedsięwzięć, ale i sprawni ich organizatorzy i wykonawcy. Podejmują się wyzwań, które rokują sukces. Choć pola ich działań są rozmaite, łączy ich jedno: smak sukcesu!

Prestiż: Prawnik z wykształcenia i po podyplomowym studium prawa europejskiego kierował Drukarnią o ponad 150-letniej tradycji? Czy to przypadek?

Bartosz Bobowski: Mówi się, że „przypadki chodzą po ludziach” i w tym sensie moja historia jest prozaiczna. Po ukończeniu studiów starałem się kilkakrotnie dostać na różne aplikacje prawnicze. Za każdym razem prawie ocierałem się o przyjęcie na aplikacje umożliwiające pracę w zawodzie (bez końcowego sukcesu, nad czym dziś wcale nie ubolewam); po drodze przeżyłem karierę windykatora, o mały włos nie zostałbym komornikiem, byłem współtwórcą Federacji Przedsiębiorców w Rzeszowie, w Rzeszowskiej Centrali Materiałów Budowlanych w Rzeszowie pracowałem jako dyrektor administracyjny. Po drodze była jeszcze przygoda z Auchan i kilkoma mniejszymi spółkami. Nie wiadomo, jak potoczyłyby się moje losy, gdyby nie interesująca propozycja ze strony MM Capital Group. Zaproponowano mi objęcie funkcji dyrektora finansowego Grupy, a w niedługim czasie zostałem wiceprezesem, a następnie prezesem Drukarni Narodowej SA w Krakowie, należącej do tego holdingu. Trudno mi oceniać rolę przypadku w tej drodze, od windykatora po drukarza, faktem jest jednak, że w tej ostatniej czułem się usatysfakcjonowany, bo zawsze miałem zacięcie bibliofilskie.

Prestiż: Jeśli to nie przypadek, to zapewne został Pan złowiony przez „łowców głów”, po prostu, i to po to, by Drukarni o bogatej tradycji nadać nowe impulsy na trudnym rynku.

Bartosz Bobowski: Było to i łatwe i jednocześnie trudne zadanie. Drukarnia Narodowa znana jest bowiem na rynku od 150 lat, i jest to niewątpliwie jej atut. Drukarnia zawsze rozwijała się z duchem czasu, poczynając od ręcznego składania książek, czasopism i gazet, wymieniając wyposażenie, zakupując nowe maszyny. W roku 1899 np. sprowadzono tzw. amerykankę, pierwszą maszynę pospieszną o napędzie elektrycznym, co wywołało sensację w Krakowie. W 1920 r. pojawiła się maszyna do druku rotograwiurowego, można więc było się podjąć druku kolorowego. W czasach powojennych także Drukarnię Narodową modernizowano, lecz współczesny rynek wymaga innych rozwiązań, zadań restrukturyzacyjnych, przystosowania do wymogów czasu, i to było to trudniejsze zadanie, bo historią można się podpierać w wizerunku, ale liczą się fakty. Na samej marce Kraków nie został zbudowany. Moją misją było doprowadzić do sytuacji, by Drukarnia zajęła wiodącą pozycję na rynku druku dziełowego w Polsce poprzez zapewnienie klientom produktów najwyższej jakości, przy zachowaniu rynkowych warunków handlowych. Podczas dwóch lat mojego prezesowania sukcesywnie przeprowadzaliśmy proces restrukturyzacji, zmienialiśmy sposób organizacji i zarządzania produkcją, wdrażaliśmy nowe metody sprzedaży naszych produktów, nie ograniczając się tylko do telemarketingu.

Cały artykuł przeczytasz w nr. 2(26)2010-3(27)2010.
Email