Archiwum numerów

VANESSA MAE – PAGANINI POPU

  W jej przypadku to nie faux pas rozpoczynać od wieku. Chén Měi – tak w języku chińskim brzmi oryginalne imię Vanessy Mae – przyszła na świat 27 października 1978 roku, dokładnie w dniu 196. urodzin najsłynniejszego skrzypka wszech czasów – Niccola Paganiniego. Choć jej ojciec, którego prawie nie znała, pochodził z Tajlandii, a matka z Chin, urodziła się w Singapurze. Dziś jest urzekająco piękną 32-letnią kobietą z brytyjskim obywatelstwem, gdyż w wieku czterech lat zamieszkała w Londynie z mamą i przybranym ojcem, stąd jej oficjalnie nazwisko Nicholson.

Na fortepianie zaczęła grać w wieku lat trzech, na skrzypcach – gdy skończyła pięć. Jako siedmiolatka wygrała konkurs na najlepszego młodego pianistę w Wielkiej Brytanii i… to był koniec jej przygody z fortepianem. Od tego momentu, decyzją jej mamy Pameli, pianistki i prawniczki kierującej karierą Vanessy od najmłodszych lat, całe zaangażowanie skoncentrowano na skrzypcach – instrumencie bez wątpienia najtrudniejszym do nauki, bo poziom wirtuozerii w wydobywaniu z niego boskiej muzyki udało się osiągnąć tylko nielicznym na przestrzeni stuleci. Vanessa Mae do 2006 roku, kiedy została uznana najlepiej prosperującą brytyjską artystką przed trzydziestym rokiem życia (wyprzedziła m.in. Orlando Blooma, Kate Winslet czy członków grupy Coldplay), sprzedała kilkanaście milionów egzemplarzy swoich płyt, które przyniosły jej 32 miliony funtów. Dziś jest najbardziej rozpoznawalną skrzypaczką na świecie, niezależnie od tego, że znawcy i krytycy artystycznego rzemiosła zwracają uwagę na fakt, iż tak duży sukces jest nie tyle wynikiem nadzwyczajnie wybitnych umiejętności skrzypaczki, co raczej niebanalnego pomysłu na artystyczny image.

Vanessa nie polemizuje z tymi opiniami, bo wie, że wciąż jeszcze nie jest nawet w połowie artystycznej drogi. A z pewnością jest znakomitym muzykiem i kompozytorką, której pomysł sprzed 15 lat okazał się hitem na miarę strzału w dziesiątkę w branży pełnej wybitnych osobowości.

Jak sama mówi, dojrzewało to w niej powoli, od wczesnych lat 90., kiedy jako dwunastolatka przestała chodzić do szkoły (matka zdecydowała, że Vanessa będzie nauczana indywidualnie w domu). Od najmłodszych lat towarzyszyła jej muzyka klasyczna podczas codziennych kilkugodzinnych ćwiczeń, najpierw na fortepianie, potem na skrzypcach z mamą akompaniującą na fortepianie. Nie przeszkadzało to jej jednak być na bieżąco z wykonawcami z czołowych w tym czasie list przebojów muzyki pop czy rock, takimi jak Michael Jackson, Whitney Houston czy Guns’n’Roses. I to właśnie do tej muzyki zaczęła mieć bardzo emocjonalny stosunek jako nastolatka tęskniąca za szkolnymi kolegami, za czymś, co nazwalibyśmy „normalnym” dzieciństwem.

Vanessa Mae była „cudownym dzieckiem”, które już w wieku dziesięciu lat zaczęło koncertować ze światowej sławy brytyjskimi orkiestrami jak London Symphony Orchestra, National Symphony Orchestra czy London Mozart Players. W wieku lat dwunastu wykonywała z towarzyszeniem tychże orkiestr utwory jako solistka (!) i nagrała trzy płyty z muzyką poważną, na których interpretuje dzieła Bacha, Beethovena, Czajkowskiego czy – z nieco lżejszego gatunku – Gershwina, Manciniego. Dyplom prestiżowej uczelni Royal College of Music otrzymała jako jedenastolatka, a kilka z jej dziecięcych osiągnięć zostało wpisanych do Księgi rekordów Guinnessa pod hasłem „najmłodszy wykonawca”.

 „Cudowne dziecko” zaczęło jednak dorastać, wchodzić w wiek młodzieńczego buntu i zapragnęło zmieniać świat, czytaj: stworzyć coś oryginalnego, tylko swojego. I tak Vanessa sięgnęła po muzykę – symbol upragnionej swobody i beztroski, której jako dziecko tak mało doświadczyła. Oczywiście, stało się tak za przyzwoleniem i dzięki mamie – menedżerce, która wiedziała, że nie jest w stanie powstrzymać córki, a jednocześnie przeczuwała, iż pomysł połączenia muzyki klasycznej z muzyką pop ma szanse powodzenia przy stworzeniu odpowiedniej formy dla kariery młodej artystki. Choć Vanessa Mae nazywana jest dziś Jimmym Hendrixem skrzypiec (używa skrzypiec elektrycznych o wymyślnej „drapieżnej” budowie, a jej utwory na scenie nabierają ostrego, rockowego brzmienia), jej życie i droga artystyczna nie mają nic wspólnego ze słynną idée fixe wielu rockmanów pod auspicjami zawołania: „sex, drugs and rock’n’roll”.

Cały artykuł przeczytasz w nr. 2(26)2010-3(27)2010.

Email