Archiwum numerów
CAROLINE WOZNIACKI PRYWATNIE
Jedna z najlepszych tenisistek świata Caroline Wozniacki, która na co dzień reprezentuje barwy Danii, po raz pierwszy przyjechała na turniej do Warszawy, czyli do kraju, z którego pochodzą jej rodzice. Mimo że – z powodu kontuzji - sukcesu nie odniosła, choć była główną faworytką turnieju, ta krótka kilkudniowa wizyta pozwoliła również na pokazanie jej innego oblicza. Tego mniej znanego przez kibiców. Spoza kortu.
Pół-Dunka i pół-Polka
Bo Karolina – jak chce, żeby ją nazywać w Polsce – jest trochę rozdwojona; czuje się pół-Dunką i pół-Polką. „Fakt, że moi rodzice są Polakami, tutaj się urodzili i spędzili wiele lat życia przed wyjazdem do Danii, nie jest bez znaczenia. Chyba przekazali mi to w genach, bo czuję, że mam w sobie polską krew. A gdy tylko tu jestem – choć ostatnio niezbyt często, ponieważ mam trochę obowiązków na korcie – to też myślę po polsku. Tak mnie nauczono”, mówi Karolina. Na potwierdzenie warto przypomnieć znamienne zdarzenie z ostatniego finału US Open, do którego dotarła 20-letnia tenisistka. Po zakończeniu meczu z Kim Clijsters zwróciła się do widowni – a jakże - po polsku. Rodzice, szczególnie ojciec Piotr, nie chcą, żeby zapomniała o kraju, w którym się urodzili. „Wybrałam Danię, ale nie miejcie z tego powodu do mnie żalu. Tam się urodziłam i wychowałam, ale oczywiście doping polskich fanów bardzo mnie cieszy”. Czy mogło być inaczej? Chyba mogło, bo przed laty – gdy córka stawiała pierwsze kroki w tenisie - ojciec Piotr nie wykluczał, że będzie reprezentowała biało-czerwone barwy. Jak mówił „Prestiżowi”, przez pewien czas była nawet zarejestrowana w Polskim Związku Tenisa. Duńczycy mieli jednak lepszy refleks i sprawy potoczyły się inaczej. Jako 11-latka otrzymała stypendium od duńskiej rodziny królewskiej, potem grała z księciem Fryderykiem i... tak już zostało.
A może na pierogi?
Mimo młodego wieku Karolina zwiedziła już cały świat, z niejednego pieca jadła chleb, choć – jak twierdzi – gdy tylko może, chętnie korzysta z polskiej kuchni. „Mam sentyment do niektórych dań. Bardzo lubię pierogi, kopytka, rosół... W zasadzie, mogłabym tak długo wymieniać. Pamiętam, że zawsze jak przyjeżdżałam do dziadków, jedzenie było znakomite. Zostało mi to do dzisiaj”. Nie tylko to. Karolina wspomina o sielskim charakterze tamtych wizyt. „Za każdym razem miałam wrażenie, że tutaj jest niesamowity spokój. Znacznie większy niż w innych miejscach na świecie, gdzie miałam okazję bywać. Bardzo miło to wspominam”.
Droga do sportu zapisana w genach.
Woźniaccy przywiązywali dużą wagę do rozwoju fizycznego swoich dzieci. Piotr Woźniacki tak opowiada o początkach zainteresowania sportem syna i córki. „Gdy przychodziliśmy z pracy, nie braliśmy się za czytanie gazety, ale wychowywaliśmy Patrika i Karolinę. Co przez to rozumiem? Lubiliśmy biegać, grać w piłkę, w siatkówkę. Krótko mówiąc, uprawiać różne dyscypliny. Ot, cała tajemnica. Pamiętam, że Karolina naśladowała we wszystkim Patrika. Gdy on grał w piłkę, to ona też chciała, jak szedł do kolegów, ona za nim. Nie przypominam sobie, żeby miała jakieś zabawki typowo dziewczęce”. Zresztą, bakcyl do... futbolu - innej ulubionej dyscypliny, z pewnością po ojcu, który był kiedyś piłkarzem w klubach polskich i duńskich – został do dzisiaj. Karolina lubi czasami kopnąć piłkę, niekoniecznie z bratem, co pokazała podczas spotkania z polskimi dziennikarzami przed turniejem tenisowym w Warszawie. Nawet więcej, technika wykonywania przy tej okazji rzutu karnego mogłaby być przykładem dla wielu amatorów futbolu. Jej ulubionym klubem piłkarskim jest Liverpool, z czym wiąże się pewna zabawna historia. Ponieważ szczególnie ceni czołowych zawodników tego zespołu - Fernando Torresa i Stevena Gerrarda – przed ostatnimi świętami Bożego Narodzenia dostała na Gwiazdkę paczkę z... koszulką Hiszpana, bohatera ostatniego finału mistrzostw Europy w 2008 roku. „Naprawdę nie wiem, jak to się stało. W każdym razie w przesyłce, którą otrzymałam, znajdował się jego autograf, gratulacje oraz życzenia dalszych sukcesów. Bardzo się ucieszyłam, ale do dzisiaj nie ukrywam zaskoczenia”.
Cały artykuł przeczytasz w nr. 2(26)2010-3(27)2010.

