Archiwum numerów

LIONEL MESSI - Mały wielki piłkarz

Wszystko mogło potoczyć się zupełnie inaczej. Gdyby mały Leo nie miał problemów z hormonem wzrostu, gdyby Argentyna nie została pogrążona w kryzysie ekonomicznym, zmuszając ojca do hiszpańskiej emigracji, gdyby Barcelona nie zgodziła się przyjąć utalentowanego piłkarza na testy. Gdyby… Ale wtedy Lionel Messi nie zostałby z pewnością najlepszym piłkarzem na świecie, zarabiającym rocznie – zdaniem mediów – ponad 40 mln euro, w tym ok. 30 mln euro z kontraktów reklamowych.

Dzisiaj nie ulega wątpliwości, że to jedna z najbardziej spektakularnych karier i jedna z najlepszych decyzji Barcelony w ostatniej dekadzie. Gwoli sprawiedliwości, decyzji dość przypadkowych, bo ogromną rolę odegrała determinacja ojca, Jorge Messiego – kiedyś zwykłego robotnika z fabryki w rodzinnym Rosario – który szukając dla nastoletniego syna lepszej przyszłości, zawędrował aż na Półwysep Iberyjski.

Zanim jednak do tego doszło, Leo już wcześniej wykazywał nieprzeciętne umiejętności. Na testy do lokalnego klubu Grandoli babcia – którą piłkarz na każdym kroku bardzo mile wspomina i która nigdy nie ukrywała słabości do… Diego Maradony - zaprowadziła go w wieku pięciu lat. Jak głosi legenda, między innymi dlatego, żeby „nie demolował kuchni, odbijając ciągle piłkę”. Pewnie tkwi w tym ziarno prawdy, ale faktem jest też, że wyjątkowo zwinny Argentyńczyk znakomicie dawał sobie radę ze starszymi o kilka lat chłopakami. Także w kolejnym klubie Newell’s Old Boys. „Już wtedy bardzo często jedynym sposobem, żeby go zatrzymać, był faul”, przyznaje dzisiaj, nie bez dumy, ojciec.

Problem w tym, że mając 10 lat, Messi junior mierzył tylko 111 cm wzrostu, a znajomi nadali mu przydomek „pulga”, czyli „pchła”. Lekarz zdiagnozował chorobę o podłożu hormonalnym, na którą konieczna była odpowiednia terapia. „Bez hormonu wzrostu Lionel najpewniej osiągnąłby w wieku dorosłym zaledwie 1,5 metra”, mówił ojciec w rozmowie z „L’Equipe Magazine”, cotygodniowym dodatkiem do gazety sportowej. W tamtych czasach żaden klub argentyński nie chciał wziąć na siebie zobowiązania, aby pokryć koszty leczenia, a rodzina piłkarza nie mogła sobie pozwolić na to, aby wydać 750 euro miesięcznie.

Pomoc zaoferowała wielka Barcelona, do której Jorge Messi nieśmiało zapukał po przyjeździe do stolicy Katalonii. Carles Rexach, odpowiedzialny za centrum szkolenia młodych zawodników od razu zobaczył w małym chłopcu duży potencjał. Jak mówił wiele lat później, „Leo, który był o głowę mniejszy od swoich rówieśników, potrafił mijać ich jak tyczki slalomowe”. Legenda – chętnie powtarzana, choć nigdy niepotwierdzona - głosi, że pierwszy „kontrakt” został spisany na zwykłej serwetce. Ojciec Messiego chciał tylko, aby klub zapewnił koszty kuracji hormonalnej dla jego syna, i cel osiągnął. Dopiero później miało się okazać, że skorzystała na tym argentyńska rodzina, zapewniając sobie – teraz można to już powiedzieć – dozgonne zabezpieczenie finansowe, ale przede wszystkim zyskała Barcelona.

Cały artykuł przeczytasz w nr. 2(26)2010-3(27)2010.

Email